NBA lata 80 – historia ligi sezon po sezonie

Jeśli lata 70. to dekada nieprzewidywalności, w której mistrzostwo zdobywało osiem różnych drużyn, to lata 80. to powrót do rywalizacji dwóch wielkich imperiów – dokładnie tak, jak działo się to w latach 60. Tym razem jednak zamiast Celtics kontra reszta ligi, mieliśmy do czynienia z czymś znacznie bardziej wyrównanym i widowiskowym: Boston kontra Los Angeles, Bird vs Magic, Wschód kontra Zachód. To rywalizacja, która uratowała NBA w momencie, gdy liga wciąż szukała drogi do masowej popularności, i to właśnie ci dwaj zawodnicy (według wielu historyków koszykówki) sprawili, że telewizyjne finały NBA przestały być nadawane na taśmie z opóźnieniem, a stały się wydarzeniem oglądanym na żywo przez miliony Amerykanów.

Ale ta dekada to znacznie więcej niż tylko Bird i Magic. To także moment, w którym do ligi wkroczyło pokolenie zawodników z legendarnego draftu 1984 roku (z Michaelem Jordanem i Hakeemem Olajuwonem na czele) oraz twarda, fizyczna koszykówka „Bad Boys” z Detroit, którzy pokazali, że sama gra zespołowa i widowiskowość to nie wszystko. To dekada, w której David Stern objął stery ligi i zaczął budować z NBA globalną markę, a rywalizacja o mistrzostwo osiągnęła poziom intensywności niewidziany od czasów wielkiej dynastii Celtics sprzed dwudziestu lat.

Poniżej znajdziesz historię tej dekady opowiedzianą sezon po sezonie – od niespodziewanego awansu Pata Rileya, przez pierwsze starcie Birda z Magikiem w finale, aż po heroiczny występ Isiaha Thomasa na złamanej kostce.


[SPIS TREŚCI]

Sezon 1980/81 – Auerbach po raz kolejny wszystkich zaskakuje
Sezon 1981/82 – Pat Riley i jego „magia”
Sezon 1982/83 – Moses Malone wzmacnia Philadelphię
Sezon 1983/84 – Celtics lepsi od Lakers
Sezon 1984/85 – przyszłe gwiazdy wkraczają na scenę
Sezon 1985/86 – ostatnie słowo Birda (część 2)
Sezon 1986/87 – Showtime osiąga swój szczyt (część 2)
Sezon 1987/88 – back-to-back Jeziorowców (część 2)
Sezon 1988/89 – „Bad Boys” wcale nie tacy źli (część 2)
Sezon 1989/90 – Tłoki ponownie na tronie (część 2)
Najważniejsze fakty w skrócie (część 3)
FAQ (część 3)


Sezon 1980/81 – Auerbach po raz kolejny wszystkich zaskakuje

Najważniejsze wydarzenie związane z nowym sezonem miało miejsce jeszcze cztery miesiące przed jego rozpoczęciem. 9 czerwca 1980 roku Red Auerbach dokonał transakcji, której znaczenie przyćmiewało wszystko, co zrobił w latach 60. i 70. Oddał pierwszy i trzynasty wybór draftu 1980 roku do Golden State w zamian za trzeci numer wyboru oraz mającego czteroletni staż w NBA centra, Roberta Parisha.

Warriors z pierwszym numerem wybrali środkowego z Purdue, Joe Barry’ego Carrolla, a z trzynastym – skrzydłowego Rickeya Browna. Trzeci numer draftu Celtics przeznaczyli na skrzydłowego, którym był Kevin McHale. W ten sposób ta dwójka dołączyła do Larry’ego Birda i Cedrica Maxwella. Jedną transakcją Auerbach zbudował formację ataku drużyny na całą dekadę.

Po drugiej stronie kontynentu, w Los Angeles, nie było już tak kolorowo jak rok wcześniej. Magic Johnson zerwał chrząstkę w lewym kolanie po zaledwie miesiącu rozgrywek, co wykluczyło go z gry na 45 spotkań. Osłabieni brakiem lidera Lakers nie zdołali wygrać rywalizacji w swojej dywizji, a w pierwszej rundzie play-offów ich pogromcą okazali się gracze Houston Rockets, którzy mimo niezbyt imponującego bilansu (40-42) rozpoczynali w ten sposób drogę do wielkiego finału. Moses Malone, 25-letni środkowy rozgrywający wtedy swój ósmy sezon w NBA, notował przeciętnie 27,8 punktu na mecz i prowadził ligę pod względem liczby zbieranych piłek.

Celtics wysweepowali Chicago, pokonali Philadelphię w siedmiu spotkaniach mimo przegrywania już 1-3, a w finale nie dali większych szans Rakietom, wygrywając 4-2. Rozpoczynała się nowa era w historii NBA, a jej wyznacznikami miały być trzy nazwiska: Bird, McHale i Parish.

Z okazji 35. rocznicy powstania ligi dziennikarze piszący o koszykówce wybrali All-Time NBA Team. Znaleźli się w nim: Bill Russell, Kareem Abdul-Jabbar, Elgin Baylor, Wilt Chamberlain, Bob Cousy, Julius Erving, John Havlicek, George Mikan, Bob Pettit, Oscar Robertson oraz Jerry West, a trenerem został Red Auerbach.

W wielu migawkach opisujących ten sezon do dziś pokazywany jest niesamowity rzut Birda z czwartej kwarty pierwszego meczu finałowego. Bird rzucał z prawej strony, z odległości 18 stóp, ale zaraz po wypuszczeniu piłki z rąk zrozumiał, że nie dosięgnie ona celu – przepchnął się więc pod linię końcową, złapał odbitą od tablicy piłkę, w powietrzu przełożył ją do lewej ręki i jeszcze zanim opadł na parkiet, nienagannym rzutem umieścił ją w koszu. „To był najlepszy rzut, jaki kiedykolwiek widziałem” – wspominał po latach Auerbach.


Sezon 1981/82 – Pat Riley i jego „magia”

Sfrustrowani niepowodzeniami w ostatnich play-offach, Lakers od samego początku nowego sezonu chcieli pokazać wszystkim, na co ich naprawdę stać. Na przeszkodzie stanął konflikt pomiędzy Paulem Westphalem, trenerem zespołu, a Magiciem Johnsonem… w jego finale trener został zwolniony po zaledwie jedenastu meczach sezonu, mimo że w dwóch poprzednich sezonach wygrał z zespołem co najmniej 50 spotkań.

Cała złość kibiców, dla których zwolnienie trenera w wyniku konfliktu z zawodnikiem było nie do pomyślenia, skupiła się na Johnsonie. W tym chaosie nowym trenerem został Pat Riley, członek mistrzowskiego składu Lakers z 1972 roku, który od roku pełnił rolę asystenta. Teraz otwierała się przed nim szansa na wielkie sukcesy, promowane już wyłącznie jego własnym nazwiskiem.

Znakiem rozpoznawczym prowadzonej przez Rileya drużyny stała się powolniejsza ofensywa i żelazna, bardzo agresywna obrona, dzięki której zespół wygrał 57 spotkań. Najlepszy bilans w lidze mieli jednak gracze Bostonu (63-19), którzy trzeci rok z rzędu w finale konferencji zmierzyli się z Philadelphią. Po raz kolejny to 76ers wyszli na prowadzenie 3-1 w serii, i po raz wtóry Celtics zdołali wyrównać jej stan. Decydujący siódmy mecz w Bostonie niespodziewanie nie ułożył się jednak po ich myśli… to Philadelphia mogła świętować awans do finału, wygrywając 120-106.

Lakers tymczasem szybko wysweepowali Phoenix i San Antonio. By dobrze naoliwiona „maszyna” nie zatarła trybów w oczekiwaniu na przeciwnika, zespół trenował dwa razy dziennie. Przyniosło to zamierzony skutek – 76ers nie stawili większego oporu (siedem punktów różnicy to najmniejsza przewaga Lakers w zwycięskich meczach tej serii) i to gracze z Miasta Aniołów cieszyli się z kolejnego mistrzostwa.

Bob McAdoo trzykrotnie był najlepszym strzelcem ligi, jeszcze grając w barwach Buffalo Braves, ale jego drużyna nigdy nie zaszła dalej niż półfinał konferencji. Po serii kontuzji i zmian barw klubowych ten były uczestnik meczów gwiazd był postrzegany już tylko jako zdobywający punkty gracz, niezdolny poprowadzić drużyny do większego sukcesu.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1981 roku ten 30-letni zawodnik trafił do Lakers. Choć wymiana przeszła niemal niezauważona, to właśnie McAdoo, notujący w play-offach średnio 16,7 punktu, okazał się kluczowy dla zwycięstw zespołu. „To najszczęśliwsza chwila mojego życia” – mówił po zdobyciu mistrzostwa. „Przez całą karierę ludzie mówili o mnie wiele przykrych rzeczy, ale ten pierścień wynagradza mi to wszystko z nawiązką.”


Sezon 1982/83 – Moses Malone wzmacnia Philadelphię

Gdy Julius Erving wzmocnił szeregi Philadelphii przed sezonem 1976/77, wszyscy przepowiadali zespołowi świetlaną przyszłość i tytuły mistrzowskie na najbliższe lata. W ciągu pierwszych sześciu sezonów gry Ervinga w Philadelphii zespół trzykrotnie grał w finale, ale za każdym razem przeciwnik okazywał się zbyt silny.

Jim Accordino, CC BY 2.0 https://creativecommons.org/licenses/by/2.0, via Wikimedia Commons

Gdy jednak nadarzyła się okazja i Moses Malone, MVP ligi, wykorzystał zapisaną w kontrakcie opcję i stał się wolnym agentem, władze klubu zrobiły wszystko, by go pozyskać. Houston w zamian za niego otrzymało Caldwella Jonesa i wybór w pierwszej rundzie draftu. Ta wymiana sprawiła, że zespół „okrzepł” na tyle, by w całym sezonie rozstrzygnąć 65 spotkań na swoją korzyść i wygrać Atlantic Division. Pytany o to, jak jego nowy zespół poradzi sobie w play-offach, Malone odpowiedział krótko: „Fo’, Fo’, Fo'” – co miało oznaczać zaledwie cztery mecze w każdej rundzie i łatwe mistrzostwo.

Lakers mieli jednak na ten temat inne zdanie. Kolejne wzmocnienia (m.in. pierwszy numer draftu 1982, skrzydłowy James Worthy) i ograny skład sprawiały, że Jeziorowcy byli stawiani w pierwszym rzędzie kandydatów do mistrzostwa. Po raz trzeci w ostatnich czterech latach wygrali swoją dywizję (bilans 58-24), ale w ostatnim tygodniu sezonu szczęście się od nich odwróciło – kontuzji nogi doznał Worthy, co miało mieć bardzo duży wpływ na dalsze losy zespołu.

Przez decydujące rundy play-offów, przeciwko Portland i San Antonio, Lakers przeszli dość gładko i awansowali do finału, gdzie czekała na nich Philadelphia, która wcześniej uporała się z Knicks (4-0) i Milwaukee (4-1). Brak Worthy’ego oraz wykluczające z gry na większą część finałów kontuzje Norma Nixona i Boba McAdoo sprawiły, że w finałowej serii Lakers nie mieli praktycznie nic do powiedzenia i przegrali w najkrótszej możliwej serii czterech spotkań.

Philadelphia zdobyła swój pierwszy tytuł mistrzowski od czasów Chamberlaina. Przepowiednia Malone’a musiała zostać nieco skorygowana do postaci „Fo’, Fi’, Fo'”, ale nie zmienia to faktu, że dobrze wiedział, jaki potencjał drzemie w jego drużynie.

Julius Erving zdobył dwa mistrzostwa ABA z New York Nets, w 1974 i 1976 roku. I choć on sam oraz inni gracze tej ligi udowodnili, że są wystarczająco dobrzy, by grać w NBA, zawsze ktoś stawał mu na drodze do mistrzostwa. Dopiero Moses Malone, również były gwiazdor ABA, sprawił, że Dr J. mógł wreszcie cieszyć się mistrzowskim pierścieniem – jego drużyna przegrała w całych play-offach zaledwie jeden mecz.

„Różnica pomiędzy ostatnim sezonem a tym nazywała się Moses Malone” – mówił trener 76ers, Billy Cunningham, członek drużyny, która zdobyła dla Philadelphii poprzedni tytuł mistrzowski w 1967 roku. „On dawał nam to, na co Lakers zawsze mogli liczyć od Abdul-Jabbara. A nawet jeszcze więcej.”


Sezon 1983/84 – Celtics lepsi od Lakers

Nowy sezon przyniósł kolejne zmiany. Larry O’Brien zakończył urzędowanie na stanowisku komisarza ligi, a jego miejsce zajął David Stern, błyskotliwy i energiczny prawnik, wcześniej piastujący niższe stanowisko wiceprezesa wykonawczego NBA. Stern został czwartym komisarzem w historii ligi i od razu zaczął wdrażać nową strategię marketingową, według której NBA miała stać się globalnie rozpoznawalną, dochodową marką. Wraz z nowymi porządkami liga stawała się coraz bardziej stabilna finansowo, a kolejnym krokiem w stronę popularyzacji czysto sportowej rywalizacji miało być wprowadzenie bardzo restrykcyjnej polityki dotyczącej narkotyków.

Zmiany objęły też system rozgrywek posezonowych – do play-offów miało awansować 16, a nie jak dotychczas 12 zespołów, w pierwszej rundzie grano teraz do trzech, a nie dwóch zwycięstw, a zwycięzcy dywizji musieli walczyć od samego początku rywalizacji. Mistrz NBA w drodze do tytułu musiał więc pokonać czterech, a nie jak wcześniej trzech rywali.

Na Wschodzie znów brylowali prowadzeni przez Birda Celtics (62-20), wyprzedzając o dziesięć zwycięstw mistrzów z poprzedniego sezonu, 76ers, którzy niespodziewanie odpadli już w pierwszej rundzie z rąk New Jersey – największy sukces w historii tego klubu. Celtics w pokonanym polu zostawili graczy Bullets, Knicks (zacięta siedmiomeczowa seria) i Milwaukee. Lakers (54-28) w drodze do finału odesłali kolejno zespoły z Kansas City, Dallas i Phoenix. W wielkim finale górą byli tym razem gracze ze Wschodniego Wybrzeża, zdobywając piętnasty w historii organizacji tytuł mistrzowski.

Minęły już cztery sezony od debiutu Birda i Johnsona w lidze. W tym czasie Lakers zdobyli dwa tytuły, a Celtics jeden. Ich bezpośrednie starcia ograniczały się do zaledwie dwóch meczów w sezonie zasadniczym, więc dopiero w wielkim finale (w którym stanęli naprzeciwko siebie po raz pierwszy) kibice mogli oglądać ich rywalizację w pełnej krasie.

Lakers mieli sporo powodów do żalu po tym, jak przepuścili wielką szansę na mistrzostwo. Wygrali pierwsze spotkanie w Boston Garden, a w drugim, na 18 sekund przed końcem, prowadzili 115-113, mając przy tym piłkę. Przy bilansie 2-0 i przenosinach na parkiet Lakers faworyt mógłby być tylko jeden. Niestety dla nich Gerald Henderson przechwycił niezbyt celne podanie Jamesa Worthy’ego i celnym layupem wyrównał wynik meczu. W dogrywce górą byli już Celtics, którzy po dogrywce wygrali też czwarte spotkanie i ostatecznie zdobyli tytuł.

„Trzeba uczciwie postawić sprawę – oni powinni nas wtedy wysweepować. Ale na szczęście stało się inaczej” – wspominał po latach Bird.


Sezon 1984/85 – przyszłe gwiazdy wkraczają na scenę NBA

Draft 1984 roku był chyba jednym z najlepszych w całej historii NBA. Do ligi trafili wtedy: Hakeem Olajuwon (1. numer, Houston), Michael Jordan (3. numer, Chicago), Charles Barkley (5. numer, Philadelphia), John Stockton (16. numer, Utah) i wielu innych znakomitych zawodników. O sile tego rocznika przekonano się dopiero kilka sezonów później, gdy wszystkie te nazwiska porwały za sobą miliony kibiców na całym świecie. Najlepszym strzelcem sezonu zasadniczego nie został jednak żaden z nich, lecz gracz New York, Bernard King, który mimo kontuzji wykluczających go z 27 spotkań, zdobywał średnio blisko 33 punkty na mecz.

United Press International, Public domain, via Wikimedia Commons

Cała uwaga kibiców skupiała się jednak nie na wspaniałych debiutantach, a na pojedynku Celtics – Lakers. Boston był najlepszy na Wschodzie (63-19), a Larry Bird rozgrywał najlepszy sezon w karierze – średnio 28,7 punktu, 10,5 zbiórki i 6,6 asysty na mecz. Każdy z zawodników pierwszej piątki Celtics (Bird, Robert Parish, Kevin McHale, Dennis Johnson i Danny Ainge) spędził w trakcie sezonu ponad 2500 minut na parkiecie. Lakers tymczasem nie mogli zrozumieć, jak mogli dać sobie wydrzeć z rąk niemal pewne mistrzostwo rok wcześniej. Robili wszystko, by taka sytuacja się nie powtórzyła, a prym w tym wiódł Magic, który każdy pojedynczy mecz traktował jako odskocznię od tego, co spotkało jego zespół kilka miesięcy wcześniej.

Zespół wygrał 62 z 82 spotkań i z łatwością uporał się z rywalami (Phoenix, Portland i Denver) w drodze do finału. Kibice mogli szykować się na rewanż, bo po drugiej stronie kontynentu Celtics nie dali żadnych szans zespołom z Cleveland, Detroit i Philadelphii.

Lakers, prowadzeni przez 38-letniego Jabbara i bardzo zmotywowanego Worthy’ego, szybko otrząsnęli się po kompromitującej porażce 114-148 w pierwszym meczu i dopiero w dziewiątym podejściu pokonali swoich odwiecznych rywali – w dodatku zadając ostateczny cios na ich własnym parkiecie.

Wilt Chamberlain zdobył dwa tytuły mistrzowskie, Jerry West jeden (w 1972 roku). Mistrzowski pierścień był jedynym osiągnięciem, jakiego nie miał na koncie Elgin Baylor. Ale żaden z wielkich zawodników Lakers nie zdobył tytułu, pokonując w finale Celtics – jedynie Bob Pettit i jego St. Louis Hawks mogli poszczycić się zwycięstwem nad Bostonem w finałowej rozgrywce, i to tylko raz, w sezonie 1957/58. Lakers zdołali w końcu zmienić tę bardzo niekorzystną dla przeciwników Celtics statystykę, wygrywając dwa z trzech meczów rozegranych na parkiecie rywali, w tym decydujące o mistrzostwie spotkanie nr 6.

Cisza w Boston Garden po jego zakończeniu była najlepszą muzyką dla uszu kilku sfrustrowanych pokoleń fanów Lakers.


Sezon 1985/86 – ostatnie słowo należy do Birda

Larry Bird zdobył w poprzednim sezonie swój drugi z rzędu tytuł MVP, ale podobnie jak Johnson rok wcześniej, przegrana w finale odcisnęła na nim swoje piętno. I podobnie jak Magic, to właśnie Bird robił wszystko, by jego drużynie nie przytrafiła się już taka przykra niespodzianka. Na koniec sezonu jego nazwisko widniało w czołowej dziesiątce ligi w pięciu kategoriach: punktach (25,8 na mecz), zbiórkach (9,8), przechwytach (2,02), skuteczności rzutów wolnych (89,6%) i rzutów za trzy punkty (42,3%).

Ale Celtics to nie tylko Bird. Przed sezonem pozyskali z Clippers Billa Waltona w zamian za Cedrica Maxwella. Ten wspaniały niegdyś zawodnik od kilku lat był nękany plagą kontuzji, ale w tym sezonie zaskoczył wszystkich, rozgrywając najwięcej w karierze (80 meczów) jako wartościowy zmiennik dla Parisha i McHale’a. Walton oraz inni rezerwowi, Scott Wedman i Jerry Sichting, zdjęli nieco ciężaru z barków najważniejszych zawodników Celtics, dzięki czemu na koniec sezonu klub mógł świętować najlepszy bilans w swojej historii (67-15), w tym 40 zwycięstw i zaledwie jedną porażkę na własnym parkiecie. Przy tak grających Celtics żadna drużyna Wschodu nie miała szans – w play-offach kolejno odpadali gracze Chicago (sweep), Atlanty (4-1) i Milwaukee (sweep).

Lakers wygrali 62 spotkania, ale w finale konferencji w pięciu meczach ulegli Houston Rockets, prowadzonym przez byłego trenera Celtics, Billa Fitcha, i napędzanym grą „Twin Towers” – Ralpha Sampsona (7 stóp 4 cale) i Hakeema Olajuwona (7 stóp). Houston wygrało Midwest Division i dwie serie play-off, a gdy przegrało pierwszy mecz finału konferencji, wszyscy spodziewali się kolejnego rewanżu Lakers – Celtics. Niespodziewanie jednak cztery kolejne spotkania zakończyły się zwycięstwami Rakiet.

W wielkim finale Bird okazał się już zbyt dużą przeszkodą, notując średnio 24 punkty, 9,7 zbiórki i 9,5 asysty na mecz, a stale podwajani Sampson i Olajuwon nie zdołali pokazać pełni swoich możliwości. Wystarczyło sześć meczów, by Celtics zdobyli swój szesnasty tytuł mistrzowski w historii klubu.

Grający dwoma potężnymi zawodnikami jednocześnie, Sampsonem i Olajuwonem, Rockets wnieśli do NBA nową jakość. Wcześniej, w epoce Mikana, Chamberlaina, Russella, Thurmonda czy Reeda, miarą sukcesu drużyny było to, jak dobry jest jej pojedynczy gracz podkoszowy. Houston zrobiło kolejny krok naprzód, decydując się grać jednocześnie dwoma wysokimi, dominującymi i zaskakująco zwinnymi zawodnikami. Celtics, w przeciwieństwie do większości zespołów, mieli na taką okoliczność odpowiednią odpowiedź w postaci Parisha i McHale’a, wspieranych przy podwajaniu przez Birda i Dennisa Johnsona.

Choć Celtics zbierali najwięcej pochwał za wspaniałą, bezinteresowną grę ofensywną, to właśnie obrona i skuteczne zatrzymanie gwiazd Rockets przyniosły im kolejny sukces. „Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś bronił przeciwko mnie w taki sposób” – mówił po zakończeniu szóstego meczu Sampson. „Za każdym razem, gdy piłka trafiała w moje ręce, od razu miałem na plecach dwóch, a nawet trzech przeciwników. Dokładnie tak samo było z Hakeemem.”


Sezon 1986/87 – Showtime osiąga swój szczyt

Nowy sezon w pamięci większości kibiców pozostanie przede wszystkim jako ten, w którym na scenie NBA pojawiła się nowa, niemal nie do zatrzymania siła ofensywna – najlepszy od czasów wczesnych lat 60. i Wilta Chamberlaina strzelec, Michael Jordan. Ten rzucający obrońca Chicago Bulls, który większość poprzedniego sezonu opuścił z powodu kontuzji stopy, pokazywał teraz pełnię swojego talentu.

Pierwszy sygnał tego, jak dobrym zawodnikiem jest Jordan, pojawił się jeszcze w poprzednim sezonie, gdy w meczu play-off przeciwko samym Celtics zdobył aż 63 punkty. Teraz, już w pełni zdrowy, raz po raz zaliczał fantastyczne występy okraszone ogromnymi zdobyczami punktowymi. W całym sezonie zaliczył 3041 punktów, co dało mu średnią 37,1 na mecz. Po raz pierwszy od 1963 roku i czasów Chamberlaina jakikolwiek zawodnik zdobył ponad 3000 punktów w jednym sezonie.

Paul Sakuma, Public domain, via Wikimedia Commons

Oprócz Jordana tylko Magic Johnson dawał dla swojego zespołu tak wiele. Kareem Abdul-Jabbar zbliżał się wielkimi krokami do czterdziestki, więc Pat Riley poprosił Magica, by przejął większe obciążenie ofensywne, cały czas jednak napędzając atak drużyny asystami. Johnson przyjął powierzone zadanie, zdobywając przeciętnie najwięcej w karierze (blisko 24 punkty na mecz) i jednocześnie prowadząc ligę pod względem asyst (12,2 na mecz). Zespół wygrał 65 spotkań i w drodze do finału zdemolował rywali, oddając im w trzech rundach zaledwie jeden mecz.

Celtics wygrali 59 meczów, ale wobec kontuzji trapiących rezerwowych (głównie Billa Waltona i Scotta Wedmana) zawodnicy pierwszej piątki musieli spędzać na parkiecie wyjątkowo dużo czasu: Bird, Parish, McHale i Johnson średnio ponad 37 minut na mecz, Ainge – ponad 35. Biorąc pod uwagę, że w drodze do finału musieli dwukrotnie rozgrywać pełne, siedmiomeczowe serie z Milwaukee i Detroit, faworytem finału byli Jeziorowcy. Tak też się stało – świeżsi, wypoczęci gracze z Miasta Aniołów objęli prowadzenie 2-0 w serii i już go nie oddali, zdobywając swój czwarty tytuł mistrzowski w latach 80.

Sky hook Magica

„Showtime” – nazwa, jaką kilka lat wcześniej nadali komentatorzy telewizyjni szybkiemu, widowiskowemu stylowi gry Lakers – nigdy nie miała lepszego odzwierciedlenia w rzeczywistości niż właśnie w tym sezonie. Gdy Lakers wyszli na prowadzenie 2-0 w finale, bostończycy, głównie za sprawą 30 punktów Birda, zdołali wygrać mecz nr 3.

W meczu nr 4, na kilkanaście sekund przed końcem, Lakers przegrywali 104-106. Faulowany Jabbar trafił tylko jeden z dwóch rzutów osobistych. W zamieszaniu pod tablicami żaden z zawodników nie opanował odbitej od obręczy piłki i wyszła ona na aut, po stronie Lakers. Podanie odebrał znajdujący się z lewej strony kosza Johnson, wdarł się w pole podkoszowe, ale tam czekały już na niego wyciągnięte ręce Birda, McHale’a i Parisha. Johnson ratował się bardzo wysoko rzuconym „hakiem”, a piłka w jemu tylko znany sposób znalazła drogę do kosza. Lakers prowadzili jednym punktem, Celtics wzięli czas, do końca meczu pozostały dwie sekundy. Po wznowieniu gry Bird zdołał się uwolnić spod krycia i oddać rzut, ale piłka odbiła się od obręczy. Lakers wygrali ten mecz i całą serię, kończąc dzieło na własnym parkiecie.

„Sky hook to morderczy oręż, przed którym nie dało się w żaden sposób obronić” – wspominał Bird. „Ale nigdy nie spodziewalibyśmy się, że ugodzi nas nim Magic, a nie Abdul-Jabbar.”

Liga liczyła wtedy 23 zespoły, po tym jak przed sezonem 1980/81 dołączył do niej klub Dallas Mavericks. W kwietniu 1987 roku władze ligi zdecydowały o kolejnym poszerzeniu – w sezonie 1988/89 dołączyć miały Miami Heat i Charlotte Hornets, a rok później Orlando Magic i Minnesota Timberwolves. Docelowo liga miała liczyć już 27 zespołów.


Sezon 1987/88 – back-to-back Jeziorowców

Żaden zespół NBA od czasów Celtics w sezonach 1967/68 i 1968/69 nie zdobył dwóch tytułów mistrzowskich z rzędu. Wielu komentatorów, ekspertów i samych kibiców wierzyło, że wraz z ekspansją ligi i coraz większymi pokładami talentu rozsianego po wszystkich zespołach nie uda się już powtórzyć takiego osiągnięcia. Nie zgadzał się z tym Pat Riley. Zaledwie dzień po wygraniu poprzednich finałów obiecał kibicom i wszystkim niedowiarkom, że jego zespół powtórzy ten wyczyn. Nie wyrażał w ten sposób marzenia, lecz obietnicę, której zamierzał dotrzymać – jak pokazał czas, żadne z jego słów nie zostało rzucone na wiatr.

Lakers mieli najlepszy bilans w lidze (62-20). Większość obowiązków ofensywnych, obok Johnsona i Jabbara, przejęli tacy zawodnicy jak Byron Scott (21,7 ppg) i James Worthy (19,7 ppg). Ławka rezerwowych prezentowała się imponująco – lepiej niż niejedna wyjściowa piątka innych drużyn ligi. Mychal Thompson, kluczowy dla mistrzostwa z 1987 roku rezerwowy, dzielił czas gry na środku z Jabbarem, a spory wkład mieli też trzecioroczny A.C. Green oraz weterani Michael Cooper i Kurt Rambis.

Wyglądało na to, że Lakers z łatwością dotrą do finału, tymczasem na Wschodzie zachodziła powolna zmiana warty. Boston wciąż miał najlepszy bilans (57 zwycięstw), ale na horyzoncie pojawiła się nowa, głodna sukcesów drużyna Detroit Pistons. W jej barwach prym wiódł rozgrywający Isiah Thomas, wspomagany przez dobrych „rebounderów” Billa Laimbeera i Ricka Mahorna, celnych strzelców Adriana Dantleya, Joe Dumarsa i Vinnie’ego Johnsona oraz młodych, agresywnych defensywnie skrzydłowych Dennisa Rodmana i Johna Salleya. Generalnym menedżerem zespołu był Jack McCloskey, a trenerem Chuck Daly.

Zarówno Pistons, jak i Lakers stoczyli twarde boje w drodze do finału. Tłoki zapewniły sobie występ w decydującej rywalizacji głównie dzięki temu, że zdołały wygrać dwa z trzech meczów w Boston Garden. Lakers wykorzystali przewagę własnego parkietu w siedmiomeczowej serii z Dallas Mavericks, w której za każdym razem górą byli gospodarze. W samym finale przewaga parkietu okazała się jeszcze ważniejsza – Lakers zdobyli mistrzostwo mimo przegrywania w serii 2-3, dzięki ciężko wywalczonym zwycięstwom na własnym boisku. Riley dotrzymał obietnicy.

25 punktów Thomasa w jednej kwarcie

Isiah Thomas był już bardzo uznanym zawodnikiem, nie tylko jako jeden z najlepszych rozgrywających, ale w ogóle jeden z najznakomitszych graczy ligi, bez podziału na pozycje. Trafił do NBA z pierwszym numerem draftu po tym, jak Pistons rozegrali jeden z najgorszych sezonów w swojej historii (21-61). To był jego trzeci sezon w lidze i trener Daly zdołał w końcu zmaksymalizować jego wpływ na grę na tyle, by budować wokół niego drużynę walczącą o najwyższe cele.

Choć Detroit nie wygrało finału, do historii przeszedł heroiczny występ Thomasa w szóstym meczu. Grając z poważnie skręconą kostką po nieszczęśliwym upadku na stopę Michaela Coopera, zdołał mimo to zaliczyć 43 punkty, w tym rekordowe do dziś w historii finałów NBA 25 punktów w samej tylko trzeciej kwarcie.

Ostatecznie Lakers wygrali to spotkanie 103-102, w dużej mierze za sprawą kontrowersyjnego, spornego faulu Billa Laimbeera na Kareemie Abdul-Jabbarze w końcówce meczu, który dał drużynie z Los Angeles decydującą przewagę – Lakers wygrali też mecz nr 7, zdobywając mistrzostwo.

„To, co Isiah zrobił w drugiej połowie tego meczu, jest dla mnie niewiarygodne” – wspominał po latach Pat Riley, trener Jeziorowców.


Sezon 1988/89 – „Bad Boys” wcale nie tacy źli (??!!)

Choć dwa nowe zespoły (Charlotte i Miami) dołączyły do NBA, większość rzeczy pozostała po staremu. Michael Jordan zdobył swój trzeci z rzędu tytuł króla strzelców, Magic Johnson – drugi tytuł MVP. Pistons wciąż grali najlepszą zespołową obronę w całej lidze.

Władze klubu, widząc jednak, że w zespole brakuje odpowiedniej „chemii”, by wskoczyć na najwyższy poziom, zdecydowały się na dość ryzykowną z ich punktu widzenia wymianę. Trzy dni po Meczu Gwiazd Adrian Dantley oraz pierwszy numer w przyszłym drafcie powędrowały do Dallas, a Pistons zasilił dotychczasowy lider Mavericks, Mark Aguirre. Wydawać by się mogło dość niekorzystna wymiana okazała się strzałem w dziesiątkę – zespół zanotował najlepszy w lidze bilans (63-19).

Na drugim końcu kontynentu, w Los Angeles, dobiegała końca wspaniała kariera Kareema Abdul-Jabbara. Ten sezon, dwudziesty w karierze, miał być jego ostatnim. Ten już 42-letni środkowy sześciokrotnie zdobywał tytuł MVP ligi, sześciokrotnie był też mistrzem NBA, a pod koniec kariery wysunął się na czoło rankingu najskuteczniejszych strzelców w historii ligi.

Gdy Jeziorowcy bez choćby jednej porażki przeszli przez pierwsze trzy rundy play-offów i awansowali do finału, wydawało się, że na zakończenie kariery Jabbar będzie mógł świętować jeszcze jeden tytuł mistrzowski. Niestety Byron Scott zerwał ścięgno w kolanie jeszcze przed pierwszym meczem, a w trakcie drugiego spotkania dokładnie taka sama kontuzja dopadła Magica Johnsona. Pistons, którzy już rok wcześniej byli blisko mistrzostwa, tym razem bez większych problemów pokonali rozbitych przez kontuzje, zaawansowanych wiekowo Jeziorowców w czterech meczach.

Joe Dumars był najlepiej skrywaną „tajemnicą” tego sezonu. Choć w 1986 roku trafił do All-NBA Rookie Team, a dwa lata później grał w finale, zawsze pozostawał nieco w cieniu bardziej znanych kolegów – Thomasa i Laimbeera. Gdy do zespołu dołączył jeszcze Mark Aguirre, jego postać jeszcze bardziej usunęła się w cień.

Jednak świetna gra na obu końcach parkietu w finale nie mogła już przejść niezauważona i ten rzucający obrońca przestał być anonimowym graczem Pistons, stając się pełnoprawną gwiazdą – uhonorowaną nagrodą MVP finałów. Ale nawet wtedy, stojąc obok błyskotliwego Thomasa i niestroniącego od reflektorów Laimbeera, pozostawał tym samym skromnym człowiekiem. „Rozumiem, że kibice chcą oglądać wspaniałą, żywiołową, fantazyjną grę” – mówił Dumars. „Ale w naszej drużynie jest wielu tak grających zawodników i ja nie muszę być jednym z nich. Po prostu wychodzę na boisko i gram najlepiej, jak potrafię. Nie interesują mnie flesze lamp i kamery telewizyjne.”


Sezon 1989/90 – Pistons ponownie na tronie

Ten sezon był pierwszym od dwudziestu lat, w którym na parkiety NBA nie wybiegł Kareem Abdul-Jabbar. Lakers musieli polegać na talencie Magica Johnsona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a ten w pełni wywiązał się z powierzonego zadania, notując przeciętnie ponad 22 punkty na mecz, do tego dokładając średnio 11,5 asysty. Rolę podstawowego centra Lakers pełnił 35-letni Mychal Thompson, a jego zmiennikiem był debiutujący w lidze Serb, Vlade Divac. Nowy styl gry, oparty jednak na sprawdzonych już zawodnikach, dał drużynie najlepszy bilans w lidze (63-19, w tym 37-4 na własnym parkiecie).

Również skład Pistons wyglądał nieco inaczej. W drafcie ekspansyjnym, przeprowadzonym przy okazji przyjmowania do ligi Minnesoty i Orlando, zespół stracił jednego z kluczowych zawodników, Ricka Mahorna. Oznaczało to więcej minut dla weterana Jamesa Edwardsa, który wprawdzie nie grał już tak fizycznie jak jego poprzednik, ale dobrze uzupełniał Marka Aguirre’a. Pistons wygrali 59 meczów i po raz trzeci z rzędu Central Division, ale musieli stoczyć ciężkie boje z budowanymi wokół Michaela Jordana, prowadzonymi przez byłego gracza Knicks, Phila Jacksona, Chicago Bulls.

Pierwsze dwie rundy, przeciwko Indianie i Nowemu Jorkowi, nie sprawiły większych kłopotów, ale finał konferencji (morderczy, siedmiomeczowy pojedynek z Bulls) mocno dał się we znaki graczom z Detroit.

Na drugim krańcu kontynentu Lakers łatwo rozprawili się w pierwszej rundzie z Houston, ale w półfinale konferencji ulegli w pięciu meczach zespołowi z Phoenix. Pogromcy Jeziorowców jednak nie dotarli do finału, bo na ich drodze stanęli prowadzeni przez znakomitego strzelca Clyde’a Drexlera gracze Portland Trail Blazers (59-23). Ten zespół w poprzednich czterech sezonach zawsze odpadał w pierwszej rundzie play-offów, ale teraz niespodziewanie wzniósł się na wyżyny swoich możliwości i awansował do wielkiego finału.

Gdy w drugim meczu finałów lepsi o jeden punkt w dogrywce okazali się gracze z Oregonu, wyrównując stan serii na 1-1, wielka niespodzianka wisiała w powietrzu. Wtedy jednak klasę pokazał Isiah Thomas, notując średnio 27,6 punktu w kolejnych trzech spotkaniach, i kibice Pistons mogli cieszyć się z kolejnego mistrzostwa.

Niektórzy zarzucali zespołowi z Detroit, że mistrzostwo sprzed roku zdobył głównie dzięki kontuzjom czołowych zawodników Lakers. Tym razem malkontenci nie mieli już nic do powiedzenia – Thomas i spółka pokazali to, co mieli w sobie najlepszego. „Bardzo pragnęliśmy ponownie zdobyć mistrzostwo” – wspominał Bill Laimbeer. „Ale nie próbowaliśmy niczego w ten sposób udowadniać. Chcieliśmy to zrobić tylko i wyłącznie dla siebie i własnej satysfakcji.”

„Możecie o mnie mówić, co tylko chcecie” – mówił Thomas. „Ale nie możecie powiedzieć, że nie jestem zwycięzcą.”


Lata 80. w NBA – najważniejsze fakty w skrócie

  • Mistrzowie NBA dekady (1980/81–1989/90): Boston Celtics (1981, 1984, 1986), Los Angeles Lakers (1982, 1985, 1987, 1988), Philadelphia 76ers (1983), Detroit Pistons (1989, 1990). Lakers zdobyli najwięcej – aż cztery tytuły w dekadzie.
  • Rywalizacja dekady: Larry Bird i Magic Johnson, przeciwstawni sobie od pierwszego sezonu w lidze (1979/80), spotkali się w finale NBA trzykrotnie – w 1984, 1985 i 1987 roku, za każdym razem podnosząc poprzeczkę zainteresowania telewizyjnego ligą
  • Draft 1984 roku – uznawany za jeden z najlepszych w historii NBA: Hakeem Olajuwon (1. numer), Michael Jordan (3. numer), Charles Barkley (5. numer) i John Stockton (16. numer) trafili do ligi w tym samym roczniku.
  • Powrót do rywalizacji dwóch imperiów: po nieprzewidywalnej dekadzie lat 70. (osiem różnych mistrzów), lata 80. przywróciły ligę do modelu rywalizacji dwóch dominujących drużyn – dokładnie tak, jak w latach 60. z Celtics na czele.
  • Rekord finałów niepobity do dziś: 25 punktów Isiaha Thomasa w jednej kwarcie (mecz nr 6, finały 1988), zdobyte mimo poważnej kontuzji kostki.
  • Nowa era zarządzania ligą: David Stern objął stanowisko komisarza NBA w 1984 roku, rozpoczynając transformację ligi w globalną, dochodową markę sportową.
  • Ekspansja ligi: w latach 80. do NBA dołączyły Dallas Mavericks (1980), Charlotte Hornets i Miami Heat (1988), a ich śladem poszły Orlando Magic i Minnesota Timberwolves (1989).
  • Zapowiedź nowej ery: back-to-back mistrzostwo Detroit Pistons (1989, 1990) i konsekwentne budowanie zespołu Chicago Bulls wokół Michaela Jordana zamykały dekadę, zapowiadając nadejście kolejnej wielkiej dynastii lat 90.

FAQ – najczęstsze pytania o NBA w latach 80.

Kto zdominował NBA w latach 80 ?

Zdecydowanie Los Angeles Lakers, z czterema tytułami mistrzowskimi (1982, 1985, 1987, 1988), ale to rywalizacja Lakers z Boston Celtics (trzy tytuły: 1981, 1984, 1986) zdefiniowała całą dekadę – to właśnie starcia Magica Johnsona z Larrym Birdem uznaje się za moment, w którym NBA zaczęła zdobywać masową popularność w telewizji.

Ile razy Bird i Magic spotkali się w finale NBA?

Trzykrotnie – w 1984, 1985 i 1987 roku. Lakers wygrali dwa z tych starć (1985, 1987), a Celtics jedno (1984).

Dlaczego draft 1984 roku uznaje się za jeden z najlepszych w historii NBA?

samym roczniku do ligi trafili Hakeem Olajuwon, Michael Jordan, Charles Barkley i John Stockton – czterej zawodnicy, którzy w kolejnych latach mieli zdefiniować całą erę koszykówki i trafić do Basketball Hall of Fame.

Co wydarzyło się w słynnym meczu nr 6 finałów 1988 roku?

Isiah Thomas, grając na poważnie skręconej kostce, zdobył 43 punkty, w tym rekordowe do dziś 25 punktów w samej trzeciej kwarcie. Mimo to Detroit przegrało to spotkanie 103-102, głównie za sprawą kontrowersyjnego faulu Billa Laimbeera na Kareemie Abdul-Jabbarze w końcówce meczu. Lakers wygrali też mecz nr 7, zdobywając mistrzostwo.

Kiedy David Stern został komisarzem NBA?

W 1984 roku, zastępując na tym stanowisku Larry’ego O’Briena. To właśnie pod jego kierownictwem NBA rozpoczęła transformację w globalnie rozpoznawalną markę sportową, wykorzystując przy tym rosnącą popularność rywalizacji Bird–Magic, a wkrótce także Michaela Jordana.


Podsumowanie

Lata 80. to dekada, w której NBA znalazła z powrotem to, czego brakowało jej w poprzednich dziesięciu latach – wielką, powtarzalną rywalizację dwóch drużyn, które kibice mogli śledzić sezon po sezonie. Bird kontra Magic, Boston kontra Los Angeles, wschód kontra zachód – to właśnie ta oś napędzała rosnącą popularność ligi, aż do momentu, w którym twarda, fizyczna koszykówka „Bad Boys” z Detroit przejęła stery, pokazując, że o mistrzostwo można walczyć zupełnie inną filozofią gry.

Dekada zakończyła się jednak w idealnym momencie dla przyszłości ligi – Michael Jordan, choć jeszcze bez mistrzostwa, coraz wyraźniej zapowiadał, że kolejna dekada będzie należeć do niego, a Chicago Bulls budowane wokół niego przez Phila Jacksona stały coraz bliżej przełamania dominacji Detroit.