Manu Ginóbili. Chłopak z Bahía Blanca, który dał Argentynie złoto

Gdy w Ameryce Północnej mówi się o Manu Ginóbilim, w głowie od razu pojawia się konkretny obraz. Ławka San Antonio Spurs. Wejście na parkiet w momencie, gdy mecz zaczyna się rozjeżdżać. Eurostep, po którym obrońca zostaje w tyle o pół kroku. Podanie bez patrzenia, które trafia dokładnie tam, gdzie powinno.

W Stanach Ginóbili jest legendą roli, jaką sam sobie wybrał – jednym z najlepszych rezerwowych w historii NBA, czterokrotnym mistrzem ligi i członkiem Hall of Fame.

W Argentynie jest kimś więcej.

Na początku XXI wieku, gdy kraj przechodził jeden z najgłębszych kryzysów gospodarczych w swojej historii, chłopak z Bahía Blanca stał się dowodem na coś, w co coraz trudniej było wierzyć…, że z niewielkiego miasta, bez pieniędzy, bez rozgłosu, można dojść na sam szczyt światowego sportu. Nie dzięki przypadkowi. Dzięki latom pracy, których nikt wtedy nie widział.

To jest historia tej drogi. Od kozłowania piłki po chodniku w Bahía Blanca, przez włoskie parkiety, aż po Ateny, San Antonio i miejsce w panteonie koszykówki.

Bahía Blanca – miasto, w którym koszykówka biła się z futbolem na równych prawach

Argentyna to kraj futbolu. Diego Maradona, a później Lionel Messi, ukształtowali sposób, w jaki świat patrzy na argentyński sport. Ale około 600 kilometrów na południe od Buenos Aires leży miasto, które od dekad żyje inaczej. Bahía Blanca to jeden z nielicznych zakątków Argentyny, gdzie koszykówka nie jest dodatkiem do futbolu, tylko pełnoprawną częścią lokalnej tożsamości.

To tam, w 1975 roku, z połączenia dwóch klubów (Bahiense Juniors i Deportivo Norte) powstał klub Bahiense del Norte. Jego pierwszym prezesem został Jorge Ginóbili, którego wszyscy w mieście znali jako „Yuyo”. Jorge grał w koszykówkę, potem trenował, a przez lata był jedną z centralnych postaci lokalnego basketu. To właśnie w Bahiense del Norte wychowywali się jego trzej synowie – Leandro, Sebastián i najmłodszy, Emanuel.

Leandro i Sebastián byli od Manu starsi i to oni jako pierwsi zostali twarzami klubu. Obaj zrobili zawodowe kariery – Leandro grywał czternaście sezonów w argentyńskiej lidze, Sebastián reprezentował kluby w Hiszpanii, a później wrócił do Bahiense del Norte jako trener. Dla najmłodszego z braci hala treningowa ojca była naturalnym środowiskiem od pierwszych lat życia. Towarzyszył ojcu i braciom na treningach, siedział na ławce podczas meczów seniorów, a gdy tylko nikt nie patrzył, wykradał piłkę i kozłował nią, gdzie się dało – na korytarzu hali, na chodniku, w drodze do domu.

Trenerami, którzy prowadzili go w Bahiense del Norte, byli Oscar Sánchez i Fabián Horvath. To właśnie w tamtym okresie, jeszcze jako nastolatek, Ginóbili grywał u boku Pepe Sáncheza – przyjaciela z dzieciństwa, z którym lata później dzielił szatnię reprezentacji Argentyny na igrzyskach w Atenach.

Warto podkreślić jedną rzecz, którą łatwo pominąć, patrząc na całą karierę Ginóbiliego z perspektywy czasu: w wieku piętnastu lat nie był w Bahía Blanca oczywistym numerem jeden. Miasto miało wielu utalentowanych młodych zawodników, a chudy, niepozorny chłopak, daleki od fizycznej dominacji nad rówieśnikami, nie rzucał się w oczy jako przyszła gwiazda światowego formatu. Miał za to coś, czego statystyki juniorskich lig nie mierzą – obsesyjną wręcz determinację i wzorzec, do którego mierzył wszystko, co robił na boisku.

Tym wzorcem był Michael Jordan.

Ginóbili oglądał nagrania meczów Chicago Bulls praktycznie w kółko, analizował ruchy swojego idola i marzył o dniu, w którym sam znajdzie się na najwyższym poziomie tej gry. W wieku, w którym większość rówieśników traktowała koszykówkę jako jedno z wielu zajęć, on traktował ją jako jedyny możliwy kierunek.

Przełom fizyczny przyszedł nieco później. Ginóbili zaczął gwałtownie rosnąć, a wraz ze zmieniającą się sylwetką zmieniał się też jego styl gry – z chudego, technicznego rozgrywającego w wszechstronnego, nieprzewidywalnego zawodnika, który potrafił skończyć akcję pod koszem równie dobrze, jak oddać celny rzut z dystansu. Zawodowy debiut zaliczył w sezonie 1995/96, w wieku osiemnastu lat, w barwach Andino de La Rioja, a rok później trafił do Estudiantes de Bahía Blanca, gdzie grał do 1998 roku. To był ostatni przystanek przed wyjazdem, który odmienił jego karierę – wyjazdem do Europy.

Włochy – fundament, na którym zbudowano gwiazdę

Zanim Manu Ginóbili podbił NBA, musiał najpierw udowodnić coś sobie i wszystkim wokół – że potrafi grać na najwyższym europejskim poziomie.

W 1998 roku, mając 21 lat, przeniósł się do Włoch, do klubu Viola Reggio Calabria, gdzie spędził dwa pełne sezony – 1998/99 i 1999/2000. To był moment, w którym z obiecującego, ale wciąż nieznanego zawodnika zaczął przeobrażać się w kogoś, na kogo warto było zwracać uwagę. W drugim sezonie w Reggio Calabria grał już regularnie i zdecydowanie – notował średnio: 17 punktów, ponad 3 zbiórki i niemal 2,5 asysty na mecz przy solidnej skuteczności z gry.

Prawdziwy skok jakościowy przyszedł jednak wraz z transferem latem 2000 roku do Virtus Bolonia (grającej wtedy pod nazwą Kinder Bologna) – jednego z najsilniejszych klubów całej Europy. Klub szukał wtedy wzmocnień do walki o Euroligę, a trener Ettore Messina sprowadził Ginóbiliego początkowo jako rezerwowego dla serbskiej gwiazdy, Saszy Danilovicia. Argentyńczyk szybko jednak wywalczył sobie miejsce w wyjściowej piątce, a Messina pomógł mu dopracować rzut, obronę i przywództwo na boisku. W sezonie 2000/01 Ginóbili notował ponad 17 punktów na mecz w lidze włoskiej, a rok później, w sezonie 2001/02, jego liczby wzrosły jeszcze bardziej – blisko 20 punktów na mecz w Serie A przy skuteczności z gry przekraczającej 53 procent.

To były lata, w których Ginóbili zbierał trofea jedno po drugim. W sezonie 2000/01 z Bologną sięgnął po potrójną koronę – mistrzostwo Włoch, Puchar Włoch i tytuł w Eurolidze, gdzie w finale jego drużyna pokonała hiszpańskie TAU Cerámica, a sam Ginóbili został wybrany MVP finałów turnieju. Rok później, w sezonie 2001/02, Bologna dotarła do kolejnego finału Euroligi, tym razem przegrywając z Panathinaikosem, ale Ginóbili i tak zanotował mocny sezon – trafił do najlepszej piątki całych rozgrywek (All-EuroLeague First Team), a w lidze włoskiej z rzędu, w sezonach 2000/01 i 2001/02, zdobywał tytuł MVP. Do tego dołożył nagrodę dla MVP finałów Pucharu Włoch w 2002 roku. To właśnie wtedy zaczął naprawdę interesować sobą skautów zza oceanu.

San Antonio Spurs wybrali go w drafcie już w 1999 roku – w drugiej rundzie, z numerem 57, czyli jako drugi od końca (!!!) wybór spośród 58 dokonanych tamtego wieczoru. Był to wybór, w który mało kto w tamtym momencie wierzył. Dyrektor skautingu Spurs, R.C. Buford, dostrzegł Ginóbiliego podczas mistrzostw świata do lat 22 w Australii i (jak sam później wspominał) to, co go przekonało, to nie były liczby, tylko pasja i konkurencyjność, z jaką chudy Argentyńczyk rzucał się do każdej piłki.

Spurs jednak się nie spieszyli. Zamiast ściągać Ginóbiliego do Teksasu od razu, pozwolili mu spędzić kolejne trzy sezony w Europie – dojrzewać, wygrywać, uczyć się grać pod presją wielkich meczów. To była decyzja, która wymagała cierpliwości, ale która ostatecznie okazała się jedną z najbardziej opłacalnych w historii draftu NBA. Gdy Ginóbili w końcu wylądował w San Antonio jesienią 2002 roku, miał 25 lat i był już w pełni ukształtowanym, doświadczonym koszykarzem – nie surowym talentem prosto z akademii, ale zawodnikiem, który wygrywał mecze o stawkę na najwyższym europejskim poziomie.

San Antonio Spurs – narodziny stylu, który zmienił NBA

Manu Ginóbili zadebiutował w NBA 29 października 2002 roku. Już w pierwszym sezonie znalazł się w drugiej piątce debiutantów, notując średnio 7,6 punktu, 2,3 zbiórki i 2 asysty na mecz – liczby skromne, ale wystarczające, by trener Gregg Popovich zobaczył w nim coś, czego nie dało się nauczyć. „Pierwszy raz, gdy zobaczyłem go w akcji, był chyba najbardziej nieustraszonym zawodnikiem, jakiego widziałem od dawna” – mówił Popovich w rozmowie z ESPN. „Miał chude ciało, ale serce i determinację inne niż u kogokolwiek innego na boisku.”

Manu Ginóbili
Presidencia de la Nación Argentina, CC BY 2.0 https://creativecommons.org/licenses/by/2.0, via Wikimedia Commons

To właśnie w San Antonio narodził się duet, a później trio, które na kolejną dekadę zdefiniowało koszykówkę Spurs. Tim Duncan, spokojny i niezawodny lider zespołu. Tony Parker, który dołączył rok wcześniej i z czasem stał się głównym rozgrywającym. I Ginóbili… iskra, chaos, element, który trudno było przewidzieć nawet własnym kolegom z drużyny. Razem z systemem defensywnym budowanym wokół Bruce’a Bowena i filozofią Gregga Popovicha, kładącą nacisk na ruch piłki, dyscyplinę i poświęcenie dla zespołu, ta trójka (znana jako Big Three Spurs) zdobyła w latach 2003-2014 cztery tytuły mistrzowskie NBA.

To, co czyniło Ginóbiliego wyjątkowym, nigdy nie było w pełni oddane przez suche statystyki. Przez większość kariery (w sumie 1057 rozegranych meczów) notował średnio 13,3 punktu, 3,5 zbiórki i 3,8 asysty. Liczby dobre, ale nie takie, które od razu każą myśleć o legendzie. Problem w tym, że Ginóbiliego nigdy nie dało się w pełni opisać liczbami.

Manu Ginóbili
Mike from Orlando, FL, CC BY-SA 2.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0, via Wikimedia Commons

Był lewą ręką, która potrafiła skończyć akcję pod niemal każdym kątem. Był jednym z zawodników najsilniej kojarzonych z eurostepem – zwodem, w którym napastnik zmienia kierunek biegu w powietrzu, mijając obrońcę zamiast go obchodzić. Sam tego ruchu nie wymyślił, ale to właśnie dzięki niemu eurostep stał się w NBA rozpoznawalnym, powszechnie naśladowanym elementem gry. Był kimś, kto podejmował ryzyko, jakiego unikali inni – agresywne wjazdy pod kosz, podania pod niemożliwymi kątami, rzuty oddawane w ostatniej sekundzie zegara. Część z tych akcji kończyła się błędem. Ale te, które się udawały, potrafiły zmienić losy całego meczu.

Jego styl gry można było opisać jako „kontrolowany chaos” z zewnątrz wyglądający na nieprzewidywalny i ryzykowny, ale w rzeczywistości wynikający z niezwykle rzadkiej umiejętności czytania gry w ułamku sekundy. Ginóbili nie był fizycznym dominatorem w stylu LeBrona Jamesa czy Shaquille’a O’Neala. Nie był też najlepszym strzelcem swojej generacji. Był za to zawodnikiem, który wiedział, kiedy zaryzykować, a kiedy oddać piłkę koledze w lepszej pozycji – i to poczucie równowagi między indywidualną kreatywnością a grą zespołową uczyniło go jednym z najbardziej wpływowych koszykarzy swojej epoki.

Równie ważna była jego rola. W czasach, gdy większość gwiazd żądała miejsca w wyjściowej piątce, Ginóbili przez większość kariery świadomie schodził na ławkę – i wchodził na parkiet, gdy drużyna najbardziej potrzebowała zastrzyku energii. To poświęcenie zostało docenione w 2008 roku, gdy otrzymał nagrodę dla najlepszego rezerwowego sezonu w lidze (Sixth Man of the Year). Do dziś bywa wymieniany jako najlepszy rezerwowy w historii NBA, choć (co sam podkreślał wielokrotnie) mógł być gwiazdą pierwszej piątki niemal każdej drużyny w lidze.

Ateny 2004 – osiem meczów, które zmieniły historię argentyńskiej koszykówki

Zanim jednak Ginóbili stał się legendą San Antonio, stał się legendą Argentyny. I stało się to nie w NBA, tylko podczas Igrzysk Olimpijskich w Atenach w 2004 roku.

Reprezentacja Argentyny przyjeżdżała do Grecji jako drużyna szanowana, ale nie jako oczywisty faworyt do złota. Dwa lata wcześniej, w 2002 roku, ten sam rdzeń zespołu zaskoczył świat, docierając do finału mistrzostw świata w Indianapolis i po drodze pokonując reprezentację Stanów Zjednoczonych złożoną z gwiazd NBA. Ale igrzyska to było zupełnie inne ciśnienie.

Turniej olimpijski w Atenach wcale nie zaczął się dla Argentyńczyków łatwo. Już w pierwszym meczu fazy grupowej, przeciwko Serbii i Czarnogórze, Argentyna była o krok od porażki. Przy remisie 81-81 na 3,8 sekundy przed końcem Dejan Tomasević wymusił faul na Fabricio Oberto i trafił jeden z dwóch rzutów wolnych, dając swojej drużynie prowadzenie 82-81. Argentyna błyskawicznie wprowadziła piłkę do przodu – Alejandro Montecchia znalazł Ginóbiliego tuż przy linii rzutów wolnych, a ten, mając ułamek sekundy, oddał wychylony w locie rzut, który odbił się od tablicy i wpadł do kosza, gdy sam Ginóbili upadał już na parkiet. „To było niemal niemożliwe” – mówił później. „Gdy piłka opuściła moją rękę, wiedziałem, że będzie celna. To coś bardzo szczególnego.” Argentyna wygrała 83-82, a Ginóbili zanotował w tym meczu 27 punktów.

Ten rzut później nazwano jednym z najbardziej absurdalnych zwycięskich rzutów w historii koszykówki – a wielu zauważało później, że gdyby nie on, cała reszta olimpijskiej opowieści Argentyny mogłaby się nigdy nie wydarzyć.

Po dalszych perypetiach w fazie grupowej (w tym porażce z Włochami) Argentyna awansowała do fazy pucharowej, gdzie w ćwierćfinale pokonała gospodarzy, reprezentację Grecji, a w półfinale stanęła naprzeciw reprezentacji Stanów Zjednoczonych, w której barwach grali między innymi Allen Iverson, Tim Duncan, LeBron James i Dwyane Wade.

Ten mecz, rozegrany 27 sierpnia 2004 roku, do dziś uznawany jest za jeden z najważniejszych w historii koszykówki międzynarodowej. Argentyna wygrała 89-81, a Manu Ginóbili zdobył 29 punktów, prowadząc swój zespół przez cały mecz. Amerykanie próbowali gonić wynik pełnym pressingiem w końcówce, ale Argentyńczycy poradzili sobie z presją z chłodną głową. Po meczu Iverson przyznał: „Walczyliśmy najmocniej, jak mogliśmy. Nie udało się, z jakiegokolwiek powodu. Byli od nas lepszą drużyną.” Sam Ginóbili podsumował to inaczej: „Reszta świata robi się coraz lepsza, a Stany nie przywożą swoich najlepszych zawodników.”

Manu Ginóbili

Był to pierwszy przypadek od czasu wprowadzenia zawodowców NBA do reprezentacji USA w 1992 roku, gdy Amerykanie nie zdobyli złota olimpijskiego w koszykówce mężczyzn.

Dwa dni później, 28 sierpnia, Argentyna zmierzyła się w finale z reprezentacją Włoch – drużyną, która wcześniej w fazie grupowej pokonała Argentyńczyków. Tym razem nie było niespodzianki. Argentyna zdominowała rywali od pierwszych minut i wygrała 84-69, sięgając po pierwsze w historii złoto olimpijskie w koszykówce mężczyzn.

Przez cały turniej Manu Ginóbili notował średnio blisko 19 punktów na mecz przy fenomenalnej skuteczności (ponad 57 procent z gry i ponad 42 procent za trzy punkty) dokładając do tego regularnie po cztery zbiórki i trzy asysty. Za swoją postawę został wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem całego turnieju olimpijskiego.

Trzeba jednak podkreślić jedną rzecz, o której łatwo zapomnieć, patrząc na te liczby – Manu Ginóbili nie wygrał tego złota sam. Obok niego stała drużyna, która przeszła do historii jako „Złote Pokolenie” argentyńskiej koszykówki: Fabricio Oberto pod koszem, Luis Scola jako druga opcja ofensywna, Andrés Nocioni z energią i twardością w defensywie, a także Pepe Sánchez i Alejandro Montecchia, rozdający piłkę z pozycji rozgrywającego. To był zespół, w którym każdy element pasował do drugiego… a Manu Ginóbili, mimo że był jego twarzą i liderem, sam wielokrotnie podkreślał, że złoto należało do wszystkich, nie tylko do niego.

Argentyna, która potrzebowała powodu do dumy

Żeby zrozumieć, dlaczego to złoto znaczyło dla Argentyny tak wiele, trzeba cofnąć się do sytuacji kraju na początku XXI wieku.

Na przełomie 2001 i 2002 roku Argentyna przeżywała jeden z najgłębszych kryzysów gospodarczych w swojej nowożytnej historii. Załamanie systemu bankowego, ograniczenia w wypłatach oszczędności, gwałtowna dewaluacja peso, rosnące bezrobocie i masowe protesty społeczne – to był krajobraz, w którym dorastało pokolenie Ginóbiliego, Scoli i Oberto. W takich okolicznościach sport (zwłaszcza sukces międzynarodowy) przestaje być tylko rozrywką. Staje się jednym z niewielu dostępnych źródeł zbiorowej dumy.

Mieszkańcy Buenos Aires
English: Taken by the uploader, w:es:Usuario:BarcexEspañol: Tomada por w:es:Usuario:Barcex, CC BY-SA 3.0 http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/, via Wikimedia Commons

Koszykówka nigdy nie była w Argentynie sportem numer jeden (tę pozycję niezmiennie zajmował futbol) ale nie oznacza to, że kraj nie miał wcześniej żadnej koszykarskiej historii. Argentyna była jednym z założycieli FIBA i posiadała najdłuższą tradycję koszykarską w Ameryce Południowej, a już w 2002 roku, na mistrzostwach świata w Indianapolis, ta sama generacja zawodników sięgnęła po srebrny medal. Ateny były więc nie tyle punktem wyjścia, co potwierdzeniem i ukoronowaniem procesu, który trwał już od kilku lat – momentem, w którym Argentyna ostatecznie zmieniła swoją pozycję w światowej koszykówce, z kraju aspirującego na kraj będący realnym zagrożeniem dla każdej reprezentacji na świecie, łącznie z USA.

Właśnie dlatego złoty medal w Atenach miał tak wyjątkowy wydźwięk. Nie był przypadkowym błyskiem formy. Był dowodem na to, że sukces na najwyższym poziomie światowego sportu nie jest zarezerwowany wyłącznie dla jednej dyscypliny i jednej grupy bohaterów narodowych. Symbolicznie, tego samego dnia, w którym Argentyna sięgnęła po złoto w koszykówce, reprezentacja piłkarska tego kraju również triumfowała na tych igrzyskach, zdobywając złoty medal w turnieju olimpijskim mężczyzn z Carlosem Tevezem jako najlepszym strzelcem. Dla wielu Argentyńczyków był to dzień, który na długo zapadł w pamięć jako moment zbiorowej dumy narodowej w czasach, gdy codzienność wciąż była naznaczona skutkami kryzysu.

Cena wielkiej sławy

Sukces w Atenach (wcześniej mistrzostwo NBA zdobyte kilka miesięcy wcześniej, w 2003 roku) sprawił, że Manu Ginóbili przestał być zwykłym sportowcem. Stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w całej Argentynie, a po podpisaniu w lipcu 2004 roku sześcioletniego kontraktu ze Spurs wartego 52 miliony dolarów – także najwyżej opłacanym argentyńskim sportowcem w historii.

Na lotniskach czekały na niego tłumy. Reporterzy śledzili każdy jego krok, a media interesowały się nawet szczegółami jego ślubu z Marianelą Oroño, który odbył się w lipcu 2004 roku. Para próbowała zorganizować kameralną, prywatną ceremonię, ale dziennikarze i tak się na nią przedostali – jak wspominała potem z rozbawieniem matka Manu, Raquel, jeden z fotografów podszył się nawet pod muzyka orkiestry, by dostać się na uroczystość.

Sława przyniosła jednak nie tylko rozgłos, ale i realne zagrożenie. W lipcu 2004 roku argentyńska policja przechwyciła rozmowę telefoniczną między członkami grupy przestępczej zajmującej się porwaniami dla okupu i ustaliła, że ojciec Ginóbiliego znajduje się na liście potencjalnych celów. Brat Manu, Leandro, potwierdził wówczas publicznie, że rodzina otrzymała od policji prowincji Buenos Aires specjalną ochronę – środek ostrożności, jaki w tamtym czasie, naznaczonym falą porwań dla okupu, obejmował też rodziny innych znanych sportowców, w tym piłkarza Carlosa Teveza.

Dla młodego mężczyzny, który jeszcze kilka lat wcześniej był po prostu jednym z chłopaków trenujących na parkietach Bahiense del Norte, było to doświadczenie szokujące. Sława na taką skalę nie przychodzi z instrukcją obsługi – trzeba się jej nauczyć, często kosztem części normalnego życia.

Paradoksalnie, im większą gwiazdą stawał się Manu Ginóbili, tym mocniej cenił sobie zwyczajność. W wolnym czasie regularnie wracał do Bahía Blanca – nie po to, by pozować do zdjęć czy uczestniczyć w wydarzeniach, ale by po prostu być w domu rodziców, spotykać się ze starymi znajomymi i prowadzić długie rozmowy do późnej nocy. To właśnie tam, z dala od reflektorów NBA i presji reprezentacji, odnajdywał spokój, którego nie dawały mu ani miliony na koncie, ani kolejne trofea.

Reszta drogi – od Aten do Hall of Fame

Ateny okazały się dopiero początkiem, nie szczytem kariery Ginóbiliego. W San Antonio jego rola systematycznie rosła. Sezony między 2004/05 a 2010/11 były okresem jego szczytowej formy w NBA – przeciętnie notował wtedy blisko 17 punktów, ponad 3 zbiórki i ponad 4 asysty na mecz, mimo że regularnie schodził z ławki. W tym okresie dwukrotnie został powołany na mecz gwiazd NBA (2005 i 2011) – a także dwukrotnie trafił do trzeciej piątki All-NBA, w sezonach 2007/08 i 2010/11.

Wspomniana już nagroda Sixth Man of the Year z 2008 roku była w pewnym sensie symbolicznym potwierdzeniem tego, co Manu Ginóbili robił dla zespołu przez całą karierę – akceptował rolę, która innym gwiazdom wydawałaby się poniżająca, wiedząc, że to najlepsze rozwiązanie dla drużyny. Duncan podsumował to później krótko: zawodnik, który realnie mógł być gwiazdą wyjściowej piątki przez całą karierę, świadomie zaakceptował rolę rezerwowego – i właśnie ta bezinteresowność definiowała go jako partnera drużynowego.

Manu Ginóbili
Michael Tipton from Baltimore, United States, CC BY-SA 2.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0, via Wikimedia Commons

Kolejne mistrzostwa NBA – 2005, 2007 i wreszcie 2014, zdobyte już w bardziej dojrzałym wieku, u boku młodszego pokolenia Spurs z Kawhim Leonardem – potwierdziły, że Manu Ginóbili, Duncan i Parker stworzyli jeden z najbardziej trwałych i skutecznych rdzeni drużynowych w historii ligi. Przez wszystkie szesnaście sezonów Ginóbiliego w San Antonio Spurs za każdym razem awansowali do playoffs – rekord, który sam w sobie mówi wiele o stabilności tamtej ery.

Reprezentacja Argentyny wciąż była dla niego priorytetem, mimo napiętego kalendarza NBA. W 2008 roku, na igrzyskach w Pekinie, przez pierwszą część turnieju prowadził w klasyfikacji strzelców całych igrzysk ze średnią 20,3 punktu na mecz. W półfinale ze Stanami Zjednoczonymi doznał jednak kontuzji lewej kostki, zszedł z boiska po zaledwie sześciu minutach gry, a Argentyna przegrała 101-81. Ginóbili nie zagrał już w meczu o brąz z Litwą, oglądając w cywilnym ubraniu, jak jego koledzy wywalczyli mimo to trzecie miejsce, wygrywając 87-75.

Ostatecznie zakończył turniej ze średnią około 17,7 punktu, 2 zbiórek i niespełna 4 asyst w siedmiu rozegranych meczach. Cztery lata później, na igrzyskach w Londynie w 2012 roku, Manu Ginóbili był trzecim najlepszym strzelcem całego turnieju ze średnią 19,4 punktu na mecz, ale Argentyna przegrała półfinał ze Stanami Zjednoczonymi 109-83, a następnie mecz o brąz z Rosją 81-77 (mimo 21 punktów Ginóbiliego w tym spotkaniu) kończąc turniej na czwartym miejscu.

W 2016 roku, mając już 39 lat, zdecydował się zagrać na swoich czwartych igrzyskach (Rio de Janeiro) choć wcześniej sam przyznawał, że sądził, iż Londyn był jego ostatnim występem olimpijskim. Ze średnią około 15 punktów na mecz poprowadził Argentynę do ćwierćfinału, gdzie zespół ponownie trafił na Stany Zjednoczone i przegrał 105-78. Po turnieju Ginóbili ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery.

Karierę w NBA zakończył latem 2018 roku, po szesnastu sezonach spędzonych wyłącznie w barwach San Antonio Spurs – rzadkość w dzisiejszej lidze (!!!), w której gwiazdy regularnie zmieniają drużyny. Niespełna rok później, 28 marca 2019 roku, klub uhonorował go, zawieszając jego numer 20 pod sufitem hali AT&T Center – jako dziewiąty numer w historii franczyzy, obok takich nazwisk jak Tim Duncan czy David Robinson. Podczas ceremonii, prowadzonej częściowo po hiszpańsku, Manu Ginóbili dziękował kolejno drużynie reprezentacji Argentyny i drużynie Spurs – dwóm koszykarskim rodzinom, które ukształtowały jego karierę.

W kwietniu 2022 roku ogłoszono, że Ginóbili trafi do Naismith Memorial Basketball Hall of Fame już w pierwszym roku możliwej kwalifikacji – najwyższe możliwe uznanie dla koszykarskiej kariery. We wrześniu tego samego roku, podczas ceremonii wprowadzenia, wspomniał swojego ojca Jorge, który zmarł rok później, w maju 2023 roku, nie mogąc dotrzeć na uroczystość ze względu na chorobę. „Tato, jak bardzo chciałbym, żebyś tu był, żebyś mógł zrozumieć, co się dziś dzieje. Mój pierwszy i największy kibic, bardzo mi ciebie brakuje” – powiedział wtedy Ginóbili, patrząc w stronę Bahía Blanca.

Jest jednym z zaledwie dwóch zawodników w historii, którzy zdobyli mistrzostwo Euroligi, mistrzostwo NBA i olimpijskie złoto. Drugim był legendarny Bill Bradley.

Dlaczego Manu Ginóbili był tak wyjątkowy

Gdyby spróbować odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie, co czyniło Ginóbiliego wyjątkowym, brzmiałoby ono mniej więcej tak: był koszykarzem, który udowodnił, że wielkość w tym sporcie nie musi wynikać z fizycznej dominacji.

Nie był najwyższym zawodnikiem na boisku. Nie był najszybszym ani najbardziej atletycznym. Nie potrafił wznieść się nad obrońcami jak Vince Carter, ani zmiażdżyć rywali fizycznie jak Shaquille O’Neal czy LeBron James. Nie był też najlepszym strzelcem swojej generacji – to miejsce zajmowali inni.

To, co miał, to była kombinacja rzadko spotykana razem u jednego zawodnika – odwaga graniczna z brakiem strachu przed porażką, kreatywność pozwalająca znaleźć rozwiązanie tam, gdzie inni widzieli ślepy zaułek, i umiejętność czytania gry w ułamku sekundy szybciej niż przeciwnik. To właśnie ten „kontrolowany chaos” – sposób gry, który z trybun wyglądał na czystą improwizację, ale w rzeczywistości wynikał z wieloletniego doświadczenia i instynktu, który trudno wytłumaczyć, a jeszcze trudniej powtórzyć.

Dodatkowym elementem, który wyróżniał Ginóbiliego na tle wielu gwiazd jego epoki, była gotowość do poświęcenia własnego ego dla dobra drużyny. Zawodnik, który realistycznie mógł być liderem pierwszej piątki niemal każdej drużyny w lidze, przez większość kariery wchodził na parkiet z ławki – bo tak było lepiej dla zespołu. W koszykówce, sporcie zbudowanym w dużej mierze wokół indywidualnych statystyk i osobistej marki, ta decyzja była czymś rzadkim.

Dziedzictwo w Argentynie

Dziś, patrząc na argentyńską koszykówkę z dystansu, trudno przecenić wpływ, jaki Manu Ginóbili wywarł na cały ten sport w swoim kraju.

Sukcesy Ginóbiliego, Scoli, Oberto i całego „Złotego Pokolenia” ostatecznie przypieczętowały pozycję Argentyny jako realnej siły w światowej koszykówce – otworzyły też drzwi kolejnym Argentyńczykom, pokazując im, że droga z lokalnego klubu w Bahía Blanca czy jakimkolwiek innym argentyńskim mieście może prowadzić aż do NBA i na podium igrzysk olimpijskich. Zmienił się też sposób, w jaki amerykańscy skauci patrzyli na zawodników z Ameryki Południowej – wcześniej traktowanych z rezerwą, dziś regularnie sprawdzanych pod kątem talentu, niezależnie od tego, skąd pochodzą.

W samym Bahiense del Norte, klubie założonym przez jego ojca, wychował się nie tylko Ginóbili, ale i wspomniany wcześniej Pepe Sánchez oraz Alejandro Montecchia – obaj mistrzowie olimpijscy z Aten. To pokazuje, jak wiele skromna, lokalna infrastruktura potrafi zdziałać, gdy trafi na odpowiednich ludzi i odpowiedni moment.

Powrót do Bahía Blanca

Historia Manu Ginóbiliego zaczyna się i kończy w tym samym miejscu.

Zaczyna się od chudego chłopca, który nie odstępował piłki na krok – kozłował ją na korytarzach hali, na chodnikach, wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, marząc o tym, by pewnego dnia grać tak, jak jego idol z ekranu telewizora. Zaczyna się w mieście, w którym koszykówka, wbrew całej reszcie kraju, była czymś więcej niż tylko jednym z wielu sportów.

Kończy się (a właściwie nie kończy się nigdy do końca) w tym samym miejscu. Bo mimo czterech pierścieni mistrzowskich, złotego medalu olimpijskiego, miejsca w Hall of Fame i numeru zawieszonego pod sufitem hali w San Antonio, Ginóbili wciąż wraca do Bahía Blanca. Do domu rodziców. Do miasta, które nauczyło go grać w koszykówkę, zanim ktokolwiek poza nim samym wierzył, że pewnego dnia będzie jednym z najlepszych na świecie.

Dla kibiców Spurs pozostanie jednym z najbardziej uwielbianych zawodników w historii klubu. Dla fanów NBA – jednym z najbardziej kreatywnych i nieprzewidywalnych koszykarzy swojej epoki. Ale dla Argentyny Manu Ginóbili jest czymś więcej niż koszykarską legendą.