Historia NBA – Lata 1985/90 – Sezony 1985-1990

Sezon 1985/86

Ostatnie słowo należy do Birda…

Larry Bird zdobył w poprzednim sezonie swój drugi kolejny tytuł Najwartościowszego Gracza Ligi (MVP), ale podobnie jak w przypadku Johnsona z 1984 roku, przegrana w Finale odcisnęła na nim swoje piętno. I znowu, podobnie jak Magic, to właśnie Bird robił wszystko, by jego drużynie już więcej nie przytrafiła się taka przykra niespodzianka. Na koniec sezonu jego nazwisko widniało w czołowej dziesiątce Ligi w pięciu kategoriach: punktach (25.8 ppg), zbiórkach (9.8 rpg), przechwytach (2.02 spg), odsetku trafianych rzutów wolnych (89.6 %) i trzypunktowych (42.3 %).

Ale Celtics to nie tylko Bird. Przed sezonem pozyskali oni z Clippers Billa Waltona w wymianie za Cedrica Maxwella. Ten wspaniały kiedyś zawodnik od kilku lat był nękany plagą nieustannych kontuzji, ale w tym sezonie zadziwił wszystkich obserwatorów rozgrywając najwięcej w karierze, bo 80 meczy, będąc wartościowym zmiennikiem dla Parisha i McHale`a. Walton i inni rezerwowi: Scott Wedman i Jerry Sichting zdjęli nieco ciężaru z barków najważniejszych graczy Celtów, przez co na koniec sezonu fani zespołu mogli świętować najlepszy bilans w całej historii organizacji (67-15), który obejmował 40 zwycięstw i zaledwie jedną porażkę na własnym parkiecie. Przy tak grających Celtach żadna drużyna ze Wschodu nie miała najmniejszych szans w rywalizacji – w playoffs kolejno odpadali gracze Chicago (sweep), Atlanty (4-1) i Milwaukee (sweep).

Lakers wygrali 62 spotkania, ale w Finale Konferencji w pięciu meczach ulegli graczom Houston Rockets, którzy trenowani przez byłego trenera Bostonu Billa Fitcha i napędzani grą „Twin Towers” Ralpha Sampsona (7-4) i Hakeema Olajuwona (7-0) nie dali im najmniejszych szans. Zespół z Houston wygrał Midwest Division i dwie serie playoffs, a gdy przegrał pierwszy mecz Finału Konferencji, wszyscy spodziewali się kolejnego „rematchu” Lakers – Celtics. Niespodziewanie jednak cztery kolejne spotkania zakończyły się zwycięstwami Rakiet. W wielkim Finale Bird był już jednak zbyt dużą przeszkodą, zaliczając średnio 24 ppg, 9.7 rpg i 9.5 apg, a prawie cały czas podwajani Sampson i Olajuwon nie byli w stanie pokazać pełni swoich możliwości. Wystarczyło 6 meczy, by Celtowie zdobyli swój już szesnasty tytuł mistrzowski w historii.

Grające z dwójką olbrzymich zawodników, Sampsonem i Olajuwonem, Rakiety wniosły do NBA nową jakość. Kiedyś, gdy grał George Mikan a później Wilt Chamberlain, Bill Russell, Nate Thurmond czy Wiilis Reed, miarą sukcesów drużyny było to jak dobry jest jej czołowy gracz podkoszowy. Houston postawiło kolejny krok naprzód i zdecydowało się grać dwójką wysokich, dominujących, niezwykle zwinnych zawodników jednocześnie. Ale Celtics, w przeciwieństwie do większości innych zespołów, mieli na taką okoliczność odpowiednią odpowiedź w osobach Parisha i McHale`a, uzupełnianych przy podwajaniu przez Birda i Dennisa Johnsona. Chociaż Celtowie zbierali bardzo dużo pochwał za wspaniałą, niesamolubną grę ofensywną, to właśnie gra obronna i zatrzymywanie czołowych graczy Rakiet przyniosła im kolejny sukces.

„Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś bronił przeciwko mnie w taki sposób – mówił tuż po zakończeniu szóstego meczu Sampson. Za każdym razem, gdy piłka trafiała w moje ręce, od razu miałem na plecach dwóch, a nawet trzech przeciwników. Dokładnie tak samo było z Hakeemem”.

Sezon 1986/87

Showtime osiąga swój szczyt

Nowy sezon w pamięci większości obserwatorów i kibiców pozostanie w głównej mierze jako ten, w którym na scenie NBA pojawiła się nowa, bardzo groźna, wręcz nie do zatrzymania siła ofensywna, najlepszy od czasów wszesnych lat 60-tych i Wilta Chamberlaina strzelec w osobie Michaela Jordana. Ten rzucający obrońca Byków z Chicago, który opuścił większość poprzedniego sezonu z powodu kontuzji stopy pokazywał wszystkim pełnię swojego talentu.

Pierwszy sygnał tego, jak dobrym zawodnikiem jest Jordan, pojawił się jeszcze w poprzednim sezonie, gdy w meczy playoffs przeciwko samym Celtom zdobył aż 63 punkty. Teraz, już w pełni zdrowy, raz po raz zaliczał fantastyczne występy okraszone ogromnymi zdobyczami punktowymi. W całym sezonie zaliczył aż 3041 punktów, co dało mu średnią 37.1 ppg. Po raz pierwszy od 1963 roku i występów Chamberlaina zdarzyło się, żeby jakikolwiek zawodnik zdobył ponad 3000 punktów w jednym sezonie.

Oprócz Jordana, jeszcze tylko Magic Johnson dawał dla swojego zespołu tak wiele dobrego. Kareem Abdul Jabbar zbliżał się wielkimi krokami do czterdziestki, więc Pat Riley poprosił Magica by przejął na siebie większe obciążenie ofensywne i zdobywał więcej punktów, cały czas jednak napędzając atak swojej drużyny asystami. Magic przyjął powierzone mu zadanie, zdobywał przeciętnie najwięcej w karierze, bo blisko 24 punkty w każdym meczu, liderując jednocześnie Lidze pod względem zaliczonych asyst (12.2 apg). Zespół wygrał 65 spotkań i w drodze do Finału „zniszczył” swoich przeciwników, oddając im w trzech rundach zaledwie jeden mecz.

Celtics wygrali 59 meczy, ale wobec kontuzji trapiących ich graczy rezerwowych (głównie Billa Waltona i Scotta Wedmana) gracze pierwszej piątki musieli bardzo długo przebywać na parkiecie – Bird, Parish, McHale, Johnson średnio ponad 37 minut w każdym meczu, Ainge – ponad 35. Biorąc pod uwagę jeszcze to, że w drodze do Finału musieli dwa razy rozgrywać pełne, siedmiomeczowe serie z Milwaukee i Detroit, faworytem Finału byli Jeziorowcy. Tak też się stało – świeżsi, bardziej wypoczęci gracze z Miasta Aniołów objęli prowadzenie 2-0 w serii i już do samego końca go nie oddali. Tym samym zdobyli swój czwarty tytuł mistrzowski w latach 80-tych.

Liga składała się z 23 zespołów, po tym jak przed sezonem 1980/81 dołączył do niej zespół Dallas Mavericks. W kwietniu 1987 roku kierownictwo ligi postanowiło, że w kolejnych sezonach nastąpi kolejne „poszerzenie” najlepszej ligi świata – dołączą do niej zespoły Miami Heat i Charlotte Hornets w sezonie 1988/89 oraz Orlando Magic i Minnesota Timberwolves w sezonie 1989/1990. Liga miała więc liczyć już 27 zespołów.

„Showtime” – nazwa jaką kilka lat wcześniej nadali komentatorzy telewizyjni szybkiemu, błyskotliwemu stylowi gry Lakers nigdy nie miała lepszego odzwierciedlenia w tym, co działo się na parkiecie, niż właśnie w tym sezonie. Po tym jak Lakers wyszli na prowadzenie 2-0 w Finale, bostończycy głównie za sprawą Birda (30 punktów) zdołali wygrać mecz nr 3. W meczu nr 4 na kilkanaście sekund przed końcem Lakers przegrywali 104-106. Faulowany Jabbar trafił tylko jeden z rzutów osobistych. W ferworze walki żaden z graczy nie opanował odbitej od obręczy piłki i ta wyszła na aut. Wyprowadzali ją Lakers. Podanie odebrał znajdujący się na lewo od kosza Johnson, wdarł się w pole podkoszowe, ale tam czekały na niego już wyciągnięte ręce Birda, McHale`a i Parisha. Johnson ratował się bardzo wysoko rzuconym „hakiem”, a piłka chyba tylko jemu znanym sposobem znalazła drogę do kosza. Lakers prowadzili jednym punktem, Celtics wzięli czas, na rozegranie akcji pozostały tylko dwie sekundy. Po wznowienie gry Bird zdołał się uwolnić spod krycia i oddać rzut, ale piłka odbiła się od obręczy. Lakers zwyciężyli w meczu i w całej serii, „kończąc dzieło” na własnym parkiecie.

„Sky hook to mordercza broń, przed którą nie można było się w żaden sposób obronić – wspomina Bird. Ale nigdy nie spodziewalibyśmy się, że ugodzi nas Magic, a nie Abdul Jabbar”.

Sezon 1987/88

Back-to-back Jeziorowców

Żaden zespół NBA od czasów Celtów w sezonach 1967/68 i 1968/69 nie zdobył dwóch tytułów mistrzowskich w dwóch kolejnych sezonach. Wielu komentatorów, ekspertów jak i samych kibiców wierzyło, że wraz z ekspansją Ligi i coraz większymi „pokładami talentu” rozsianego we wszystkich zespołach Ligi nie uda się powtórzyć takiego osiągnięcia żadnemu zespołowi. Nie zgadzał się z tym Pat Riley. Zaledwie dzień po wygraniu ostatnich Finałów obiecał kibicom i wszystkim niedowiarkom, że jego zespół powtórzy to osiągnięcie. Nie wyrażał swojego marzenia odnośnie przyszłości, lecz obietnicę, której solennie zamierzał dotrzymać. Jak pokazał czas, żadne z jego słów nie zostało rzucone na wiatr.

Lakers mieli najlepszy bilans w Lidze (62-20), większość powinności ofensywnych przejęli od Johnsona i Jabbara tacy zawodnicy jak Byron Scott (21.7 ppg) i James Worthy (19.7 ppg). Ławka rezerwowych również przedstawiała się imponująco, lepiej niż niejedna wyjściowa piątka niektórych zespołów Ligi. Mychal Thompson, kluczowy dla zdobycia mistrzostwa w 1987 roku rezerwowy, teraz dzielił swój czas gry na środku pola z Jabbarem. Spory wkład w sukcesy mieli również inni zawodnicy – trzecioroczniak A.C. Green oraz weterani w osobach Michaela Coopera i Kurta Rambisa.

Wyglądało na to, że Lakers z łatwością dotrą do Finału, tymczasem na Wschodzie następowała powoli zmiana warty. Cały czas to Boston miał najlepszy bilans 57 zwycięstw, ale na horyzoncie pojawiła się nowa, żądna sukcesów drużyna Detroit Pistons. W jej barwach prym wiódł supergwiazdor, rozgrywający Isiah Thomas (6-1), wspomagany przez dobrych „rebounderów” w osobach Billa Laimbeera i Ricka Mahorna, strzelców wyborowych – Adriana Dantleya, Joe Dumarsa i Vinnie`go Johnsona oraz młodych, agresywnych w defensywie skrzydłowych – Dennisa Rodmana i Johna Salleya. Generalnym menedżerem był Jack McCloskey, a trenerem Chuck Daly.

Obydwa zespoły, zarówno Pistons, jak i Lakers, stoczyły twarde boje w drodze do Finału – Detroit miało bilans 11-5 a Lakers 11-6. Tłoki zapewniły sobie występ w Finale głównie dzięki temu, że były w stanie wygrać dwa spośród trzech meczy w Boston Garden. Lakers wykorzystali przewagę parkietu w starciu z Dallas Mavericks, w siedmiomeczowej serii, w której za każdym razem górą byli gospodarze spotkania. W samym Finale przewaga własnego parkietu była jeszcze ważniejsza, bo Lakers zdołali zdobyć mistrzostwo przegrywając 2-3 w serii właśnie dzięki ciężko wywalczonym zwycięstwom na własnym boisku. Riley dotrzymał swojej obietnicy…

Isiah Thomas był już bardzo uznanym zawodnikiem i to nie tylko jako jeden z najlepszych rozgrywających, ale w ogóle jeden z najznakomitszych graczy, bez podziału na pozycje. Trafił do Ligi z pierwszym numerem draftu po tym jak Tłoki rozegrały jeden z najgorszych sezonów w swojej historii (21-61). To był jego trzeci sezon gry i trener Daly w końcu zdołał zmaksymalizować jego poczynania na parkiecie do tego stopnia, by można było budować wokół niego drużynę walczącą o najwyższe cele.

I chociaż Detroit nie wygrało Finału, to do historii przejdzie heroiczny występ Thomasa w szóstym meczu, gdy grając z poważnie skręconą kostką zdołał pomimo tego zaliczyć aż 43 punkty, w tym 25 w samej tylko trzeciej kwarcie, co do tej pory jest niepobitym rekordem Finałów.

„To, co Isiah zrobił w drugiej połowie tego meczu jest dla mnie niewiarygodne” – wspominał po latach Pat Riley, trener Jeziorowców.

Sezon 1988/89

„Bad Boys” wcale nie tacy źli (??!!)…

Chociaż dwa nowe teamy (z Charlotte i Miami) dołączyły do NBA to większość rzeczy pozostała po staremu. Michael Jordan zdobył swój trzeci kolejny tytuł króla strzelców, Magic Johnson drugi tytuł MVP. Tłoki nadal grały najlepszą zespołową defensywę w całej Lidze.

Władze klubu widząc jednak, że w zespole nie ma na tyle dobrej „chemii”, by wskoczyć na najwyższy poziom, zdecydowały się na dość ryzykowną z ich punktu widzenia wymianę. Trzy dni po All-Star Game Adrian Dantley i pierwszy numer w przyszłym drafcie powędrowały do Dallas, a Pistons zasilił czołowy do tej pory gracz Mavericks, Mark Aguirre. Wydawać by się mogło dość niekorzystna dla nich wymiana okazała się być strzałem w dziesiątkę, czego dowodem był najlepszy w Lidze bilans (63-19).

Tymczasem, na drugim końcu kontynentu, w Los Angeles, dobiegała końca wspaniała kariera Kareema Abdula Jabbara. Ten sezon, dwudziesty w karierze, miał być jego ostatnim. Ten już 42-letni środkowy sześciokrotnie zdobywał tytuł MVP Ligi, również sześciokrotnie był mistrzem NBA, a pod koniec kariery wysforował się również na czoło rankingu najskuteczniejszych strzelców w historii Ligi.

Gdy więc Jeziorowcy bez choćby jednej przegranej przeszli przez pierwsze trzy rundy playoffs i awansowali do Finału, wydawało się, że na zakończenie kariery Jabbar będzie mógł świętować jeszcze jeden tytuł mistrzowski. Niestety Byron Scott zerwał ścięgno w kolanie jeszcze przed pierwszym meczem, a w trakcie drugiego spotkania dokładnie taka sama kontuzja dopadła Magica Johnsona. Tłoki, które już rok wcześniej były blisko zdobycia tytułu, teraz już bez najmniejszych problemów pokonały rozbitych przez kontuzje, zaawansowanych wiekowo Jeziorowców w czterech meczach.

Joe Dumars był najlepiej skrywaną „tajemnicą” całego tego sezonu. Pomimo, że w 1986 roku został wybrany do All-NBA Rookie Team, a dwa lata później grał w Finale, to zawsze pozostawał nieco w cieniu swoich bardziej znanych kolegów, Thomasa i Laimbeera. Gdy do zespołu dołączył jeszcze dodatkowo Mark Aguirre jego osoba jeszcze bardziej usunęła się w cień. Jednak świetna gra na obydwu końcach parkietu w meczach Finału nie mogła już przejść niezauważona i w końcu ten rzucający obrońca przestał być „anonimowym” graczem Pistons, a stał się gwiazdą „pełną gębą”. Uhonorowaniem jego dokonań była przyznana mu nagroda MVP Finałów. Ale nawet wtedy, stojąc obok błyskotliwego Thomasa i nie stroniącego od reflektorów Laimbeera, był cały czas tym samym, skromnym człowiekiem.

„Rozumiem, że kibice chcą oglądać wspaniałą, żywiołową, fantazyjną grę – mówił Dumars. Ale w naszej drużynie jest wielu tak grających zawodników i ja nie muszę być jednym z nich. Po prostu wychodzę na boisko i gram jak potrafię najlepiej. Nie interesują mnie flesze lamp i kamery telewizyjne”.

Sezon 1989/90

Tłoki ponownie na tronie

Kolejny sezon był pierwszym od dwudziestu lat, w którym na parkiety NBA nie wybiegł Kareem Abdul Jabbar. Lakers musieli więc polegać na niesamowitym talencie Magica Johnsona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a ten w 100 % wywiązał się z powierzanych mu zadań, zaliczając przeciętnie ponad 22 punkty w każdym meczu, dokładając do tego średnio 11.5 apg. Rolę centra podstawowego składu Lakers pełnił 35-letni Mychal Thompson, a jego zmiennikiem był debiutujący w Lidze Serb Vlade Divac. Nowy styl gry, oparty jednak na sprawdzonych już zawodnikach, dał drużynie najlepszy bilans Ligi (63-19, w tym 37-4 na własnym parkiecie).

Również i roster Tłoków wyglądał nieco inaczej. W Expansion Draft przeprowadzonym przy okazji przyjmowania do Ligi nowych zespołów – Minnesoty i Orlando – zespół stracił jednego z najważniejszych zawodników, Ricka Mahorna. Taka zmiana oznaczała więcej minut gry dla weterana Jamesa Edwardsa, który co prawda nie grał już tak „fizycznie” jak jego poprzednik, ale jednak okazał się być dobrym uzupełnieniem dla Marka Aguirre`a. Tłoki wygrały 59 meczy i po raz trzeci z rzędu Central Division, ale musiały stoczyć ciężkie boje z budowanymi wokół Michaela Jordana, prowadzonymi przez ex gracza Lakers, Phila Jacksona, Bykami z Chicago. Pierwsze dwie rundy, w których ich przeciwnikami były zespoły Indiany i Nowego Jorku, nie sprawiły zbyt wiele kłopotów, ale już Finał Konferencji, morderczy siedmiomeczowy pojedynek z Bulls, mocno dał się we znaki graczom z Detroit.

Na drugim krańcu kontynentu Lakers łatwo rozprawili się w pierwszej rundzie playoffs z Houston, ale w Półfinale Konferencji nie dali rady zespołowi z Phoenix i odpadli w pięciu meczach. Pogromcy Jeziorowców jednak nie dotarli do Finału, bo na ich drodze stanęli prowadzeni przez super strzelca Clyde`a Drexlera gracze Portland TrailBlazers (59-23). Ten zespół w poprzednich czterech sezonach zawsze odpadał w pierwszej rundzie playoffs, ale teraz niespodziewanie wzniósł się na wyżyny swoich możliwości i awansował do wielkiego Finału.

Gdy w drugim meczu Finałów lepsi o jeden punkt w dogrywce okazali się gracze z Oregonu i wyrównali stan serii na 1-1, wielka niespodzianka wisiała w powietrzu. Wtedy jednak klasę pokazał Isiah Thomas – średnio 27.6 ppg w następnych trzech meczach – i fani Tłoków mogli się cieszyć z kolejnego mistrzostwa.

Niektórzy zarzucali graczom Tłoków, że mistrzostwo sprzed roku zdobyli głównie w wyniku kontuzji czołowych graczy Jeziorowców. Tym razem jednak malkontenci nie mieli nic do powiedzenia, po tym jak Thomas i spółka pokazali to, co w nich było najlepsze.

„Bardzo pragnęliśmy ponownie zdobyć mistrzostwo – wspomina Bill Laimbeer. Ale nie próbowaliśmy niczego w ten sposób udowadniać. Chcieliśmy to zrobić tylko i wyłącznie dla siebie i własnej satysfakcji.”

„Możecie o mnie mówić co tylko chcecie – mówił Thomas. Ale nie możecie powiedzieć, że nie jestem zwycięzcą.”

Sezon 1990/91

Michael Jordan po raz pierwszy na szczycie…

Przed rozpoczęciem tego sezonu Michael Jordan miał już na swoim koncie cztery kolejne tytuły najlepszego strzelca NBA, przez cztery kolejne lata był wybierany do All-NBA First Team, dokładając do niesamowitych osiągnięć ofensywnych również sporą „cegiełkę” w obronie (3 razy wybrany do All-Defensive First Team). Ale cały czas prześladował go „syndrom” Chamberlaina. Każdy, nawet niezbyt dobrze obeznany z realiami NBA kibic wiedział, że od czasów Jabbara w 1971 roku ani raz nie zdarzyło się, by tytuł mistrzowski zdobywał zespół, w barwach którego występował najlepszy strzelec Ligi. Do Jordana przylgnęła właśnie taka etykieta wspaniałego zawodnika, który jednak w decydujących momentach nie jest w stanie wprowadzić swój zespół na najwyższy poziom.

Jordan zdobywał masę punktów, był niekwestionowanym liderem, ale na drodze do największych sukcesów dwa lata z rzędu w Finale Konferencji stawali mu gracze Tłoków. Receptą na taką sytuację miały być poczynione przez włodarzy klubu wzmocnienia. W 1985 roku do Bulls dołączył John Paxson, który był wtedy wolnym agentem. W drafcie 1987 roku wybrani zostali dwaj klasowi zawodnicy – Scottie Pippen i Horace Grant, w 1988 roku w wymianie za Charlesa Oakleya pozyskano Billa Cartwrighta. Wreszcie w drafcie w 1989 roku zespół zasilił klasowy rozgrywający, B.J. Armstrong. Bulls byli gotowi na kolejne spotkanie z Tłokami.

Zespół grał fenomenalnie, osiągając najlepszy wynik w Lidze, a przy okazji w całej historii organizacji (61-21). W drodze do Finału pokonali graczy New York, Philadelphi i w końcu także największych „wrogów” – Pistons. Lakers, którzy teraz preferowali defensywny styl gry wprowadzony przez nowego trenera, którym był Mike Dunleavy, nie dali większych szans zespołom Houston, Golden State i Portland.

Niespodziewanie w pierwszym meczu Finałów, po dogrywce, lepsi byli gracze z Miasta Aniołów (decydujący o zwycięstwie rzut za 3 punkty oddał center Jeziorowców, Sam Perkins). Miłe złego początki, bo było to jedyne zwycięstwo Lakers – prowadzone fantastyczną grą Jordana Byki rozstrzygnęły cztery kolejne mecze na swoją korzyść i zdobyły pierwszy w swojej historii tytuł mistrzowski.

Te finały były w mediach przedstawiane jako pojedynek dwóch supergwiazdorów – Jordana i Johnsona. Ale dla wszystkich obserwatorów tej serii było oczywiste, że to wspaniała gra zespołowa, a nie osamotnione popisy jednego zawodnika przesądziły o mistrzostwie dla Byków. Jordan grał wspaniale – średnie z Finału na poziomie 31.2 ppg, 11.4 apg i 6.6 rpg – ale to zespołowa obrona Bulls, którzy pozwolili Jeziorowcom zdobyć tylko 458 punktów w pięciu meczach przesądziła o wyniku serii. Jordan w końcu mógł zrzucić z siebie „klatwę” Chamberlaina i zamknąć usta wszystkim niedowiarkom, którzy nie wierzyli w jego zdolności przywódcze i mistrzostwo Bulls.

„Nigdy nie myślałem, że odbiorę to tak emocjonalnie” – ze łzami w oczach wyznawał do kamery ściskający trofeum mistrzowskie Jordan.

opracował: Crackerss

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Nie Przegap
Sezon 1981/82 Pat Riley i jego „magia” Frustrowani niepowodzeniami w ostatnich playoffs, Lakers od samego…
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x